Błatnia Trophy

Ubrany jak na Syberię wyruszam kwadrans przed dziewiątą w kierunku Dębowca. Pierwsze kilkadziesiąt metrów już kazało mi żałować, że zapomniałem zabrać ożaglowania. Przy dzisiejszym wietrze nie musiałbym w ogóle pedałować, żeby po drodze złamać wszelkie ograniczenia prędkości. Może 3 minuty po dziewiątej docieram wreszcie na parking pod Dębowcem gdzie spotykam Mirka i Maćka. Po chwili jest i Konrad z kolegą. Gdyby nie ten wiatr pogoda byłaby wyśmienita do jazdy: słońce, pojedyncze obłoki na niebie, wspaniała widoczność. Wszystko zapowiadało super widoki w górach, więc ostatecznie porzuciliśmy opcję jazdy dookoła jeziora Goczałkowickiego. Tą trasę popełnimy innym razem. Niedługo później pojawiają się i pozostali. W sumie jest nas siedmioro i taką też "bandą" ruszamy szlakiem na Dębowiec. Tempo iście turystyczne ale i ubiór nie pozwala na szybsze kręcenie. W słońcu zaraz robi się ciepło po to aby za chwilę było przeraźliwie zimno w cieniu. Super warunki aby złapać choróbsko... choć w sumie cyklozę już mamy, do tego przewlekłą, więc co tam! Podjazd na Szyndzielnię upływa na pogaduchach i walce z moim HAC4, który z powodu jakiegoś dziadostwa pomiędzy stykami odmówił zapisania dotychczasowej trasy. Pomógł dopiero reset i przetarcie podstawki. Dalej już bez problemów 180-200W do samej góry. Pod schroniskiem postój, czekamy na pozostałych, którzy docierają w samą porę by uratować nas od niechybnej hipotermii. Po kamyczkach na Klimczok... oczywiście sam szczyt Klimczoka. Dumny i blady wyjeżdżam bez przymusowych postojów. Nie wiedziałem, że jeszcze potrafię. Widać powrót do normalności, pytanie na jak długo? Atak na schronisko pod Klimczokiem był krótki. Przygodna turystka słysząc, że pochodzę z N.Sącza zdążyła mi się wyżalić, że pierwsza rzecz jaka ją tam spotkała to "obrobienie" z torebki... No tak, bo gdzie indziej nie kradną tylko przynoszą zgubione portfele w zębach w stanie nienaruszonym - jasne! Życząc pani miłego dnia jedziemy przecinką do żółtego szlaku na Błatnią. Kilka powalonych drzew i całkiem nowy krzyż i kilka zniczy smutno informuje nas o czyjejś tragedii. Turysta nie miał większych szans z kilkudziesięcioletnim świerkiem powalonym przez wiatr. Nasuwa się jednak pytanie: czy gdyby kochani leśnicy nie "pozyskiwali" tutaj drewna to do tej tragedii również by doszło? Zjazd na Błatnią: poezja. Widoki jak malowane i tylko wiatr nadal dokucza. Nie przeszkadza to nam jednak zaatakować "kanał" na szczycie i po kilku zdjęciach zjechać do schroniska. Tam Konrad, Borsuk i ja żegnamy się z resztą ferajny i atakujemy Brenną zielonym szlakiem. Zostawiwszy po sobie jedynie smugę kurzu zjeżdżamy do knajpki by wrzucić coś na ząb. Czas umila nam mocno podchmielony pan właściciel nie będący dzisiaj "na służbie". A jak! Potem już standardowy powrót przez Górki Wielkie i Nałęże do Aleksandrowic, skąd rozjeżdżamy się do domów. Po drodze z lotniska spotykam jeszcze towarzyszy pozostawionych na Błatniej. Podwójne pożegnanie i do domu. Tym razem jutro nigdzie nie pojedziemy. Przynajmniej ja. Kolanka do serwisu.

Relacja: piaseq

 
Wszystkie materiały zamieszczone na stronie są własnością bbRiderZ.pl. Udostępnianie, wykorzystywanie, publikowanie bez pisemnej zgody jest zabronione.
Nierod, PSQ