Skrzyczne Apocalypse

Checking RAM… 32768 MB… OK. Initializing Devices… OK. Finding 3D vectors… OK. Loading OS… OK. System Ready _ No co? Że mało pamięci? No ja przecież model ’82 jestem! Na tamte czasy to było ho, ho! Superkomputery tyle nie miały. Niemniej jednak jak na zabytek szybkość przetwarzania informacji okazała się zadowalająca i dotarło do mnie, że mamy niedzielę, godzinę 7:00 i wycieczkę o 9:00 w planach. Krótkie sprawdzenie, czy peryferia działają… tu coś boli, tam przeskakuje… niby działa. Można jechać. Dotoczywszy się na lotnisko o 9:00 (a nie jak niektórzy twierdzą 9:01) przywitałem się z Grzesiem i już we dwoje wypuszczaliśmy korzenie czekając na Qnia. Qń się nareszcie pojawił i już we trójkę potoczyliśmy się wzdłuż lotniska do Jaworza, Górek Wielkich i Brennej. A w Brennej, jak to w Brennej, zawsze muszą być jakieś „jajca”, więc na dobry początek dobrego dnia… wykąpałem się w strumieniu po tym jak zręcznie i z gracją nie trafiłem tylnym kołem w kładkę… Grzesiu z Qńiem to dopiero mieli z tego ubaw! Ciepło, słońce, buty wyschną a przechodzić na piechotę to dopiero wstyd :P Krótki postój przed sklepem na uzupełnienie zapasów i wylanie wody z butów zajął nam kilka minut, po których ruszyliśmy szutrówką na przełęcz pod Orłową. Żarty się skończyły :) Droga z początku szeroka, równa i niezbyt stroma w końcowym odcinku przeradza się w ostrą „drapę” zaoraną sprzętem leśników, pełną kamieni i nierzadko gałęzi. Tutaj już trzeba się wykazać odrobiną siły i techniki aby nie zaliczyć przymusowych postojów. Sztuka ta udaje się Konikowi, Grześ natomiast postanowił wydrapać się pieszo. Z siodła pod Orłową zostaje nam kilkaset metrów dość ostrego podjazdu pod schronisko i kolejne kilkaset do szczytu. W schronisku krótka przerwa na dobicie powietrza do przedniego kółka, które od tygodnia postanowiło nie trzymać powietrza. Po przerwie ruszamy dalej szlakiem na szczyt i w kierunku Trzech Kopców. Stąd na szlaku zmienia się jedynie ilość kamieni pod kołami. Droga cały czas jest szeroka, pnie się w górę, to znów opada w dół. Po drodze trzeba pokonać kilka bardziej stromych i kamienistych zjazdów ale w porównaniu z tymi na Czantorii jazda tutaj jest sobotnią wycieczką do parku. Okazuje się jednak, że nawet taka „lajtowa” jazda przerasta możliwości mojego koła, które wreszcie postanawia kompletnie odmówić posłuszeństwa na dokładkę dobijając do kamienia. Tak więc pierwsza awaria i przymusowy postój na wymianę dętki zaliczone. Doliczając kąpiel w strumieniu i mokre buty oby był to koniec kataklizmów na dzisiaj… Tak, jasne... Naprawiwszy pojazd ruszyliśmy dalej i po chwili zawitaliśmy w Telesforówce na Trzech Kopcach. Telesforówka to taki przystanek piknikowy składający się z bufetu (z kosmicznymi cenami), kilku stołów i ławek oraz VW Garbusa przerobionego na „kapsułę widokową”. Widoki są rzeczywiście ładne ponieważ Telesforówka znajduje się na otwartym stoku rozciągającym się w stronę doliny Brennicy. Tym samym można zobaczyć skąd się przyjechało oraz, zakładając wizytę na Grabowej, dalszą część szlaku po drugiej stronie doliny. Wyżej widać już Skrzyczne, Baranią górę i większość górek w okolicy. W dalszą drogę ruszamy żółtym szlakiem na Biały Krzyż. Decydujemy się wjechać na Skrzyczne, tak więc wizyta na Przełęczy Salmopolskiej będzie obowiązkowa. Szlak z Trzech Kopców początkowo płaski zmusza nas do pokonania kilku rozmaitych zjazdów i podjazdów, które im bliżej celu, stają się bardziej wymagające. Końcówka szlaku (raczej wyjazd na szosę prowadzącą na przełęcz) jest już piesza. Tutaj nie sposób jechać ze względu na luźne kamienie, piaszczyste podłoże i masę gałęzi pozostawionych po demolce leśników. Począwszy od Salmopolskiej trzeba się przygotować na zmianę krajobrazu na coraz bardziej księżycowy. „Gospodarka” leśna w tym rejonie nie pozostawiła na krajobrazie przysłowiowej „suchej nitki”. Z Salmopolskiej podjeżdżamy kawałek trawersem prowadzącym aż na Przysłop stokami Malinowskiej Skały i Baraniej Góry. Jakby się ktoś pytał to wg niektórych jazda rowerem po tej niemalże autostradzie jest nielegalna. No tak, rower wróg wszystkiego co żyje: śmierdzi, ryczy, niszczy. Drodzy imbecyle, którzy to wymyśliliście – pocałujcie nas tam gdzie światło nie dochodzi. Albo lepiej nie, nie chcemy się zarazić wirusem skrajnej głupoty. Siebie pocałujcie a my pojedziemy dalej. A dalej jest ciekawie, ponieważ z trawersu odbija wspaniały podjazd prowadzący do zielonego szlaku. Jest to leśna droga, którą dostarcza się drewno do IKEA. Jest on stromy i pełen prezentów pozostawionych przez „leśników” ale pozwala zdobyć grzbiet masywu bez konieczności zsiadania z roweru. Gdy już taki zbłąkany bajker znajdzie się na górze będzie miał do wyboru dwa kolory szlaków: zielony na Skrzyczne przez Malinowską albo zjazd żółtym do najbliższego PKS. My oczywiście wybieramy Skrzyczne. Podjazd pod Malinowską Skałę (a raczej to co po niej zostało) jest łatwy choć momentami stromy. Wokoło krajobraz już księżycowy. Hektary wyciętego lub połamanego lasu nadają mu klimat angielskich wzgórz Malvern, gdzie turysta może się cieszyć panoramą 360*. Widokowo pięknie ale czy aby na pewno o to chodzi? Zjazd z Malinowskiej skały jest wymagający. Korzenie i masa kamieni poniektórych zmuszają do spacerku… co oczywiście skwapliwie uwieczniam na filmie samemu będąc już na dole. Frajdy zjazdu nie mogłem sobie odmówić. Od podnóża Malinowskiej Skały jedziemy na Małe Skrzyczne, gdzie przychodzi mi już po raz wtóry walczyć z marudzeniem Grzesia na temat pogody. Pomarudziłby dłużej to zostalibyśmy w jakiejś budzie, w połowie drogi, czekając na zbawienie, które nigdy miało nie nadjeść. Całe szczęście Konik miał więcej oleju w swoim końskim łebku i pognał za mną w kierunku schroniska na Skrzycznem. Po drodze mogliśmy już podziwiać bijące w oddali pioruny oraz zbierające się nad nami czarne, burzowe chmury. Kilkaset metrów przed szczytem Skrzycznego atakują nas pierwsze kulki gradu, jednak udaje nam się bezpiecznie dotrzeć pod dach. I wcale nie za wcześnie… minutę później wyjście na otwartą przestrzeń groziło już porządnym guzem a po kilku kolejnych było istnym szaleństwem i próbą samobójczą. Grad siekał z nieopisaną siłą a największe kule dochodziły do 3cm średnicy. Padało tak gęsto, że po kilku minutach ziemia była przykryta bielutką warstwą lodowych kulek. Pokaz sił natury trwał dobre 20 minut, po których znowu wyszło słońce a topniejący błyskawicznie grad zmienił szlaki w rwące potoki. Jednym z takich potoków zdecydowaliśmy zjechać do Czyrnej. Zjazd wspaniały i przy sprzyjających warunkach można się na nim wspaniale bawić. Z początku rwące potoki ustąpiły miejsca mokrej ziemi a nieco niżej było kompletnie sucho. Zero deszczu, gradu, nic. Stan rzeczy uległ jednak szybko zmianie. W centrum Szczyrku dostaliśmy się pod deszczowe chmury podążającej od Bielska nawałnicy. Co prawda ominęliśmy samą burzę ale deszcz tak czy inaczej mocno padał przez resztę drogi. Po kilku minutach byliśmy cali mokrzy i było nam już wszystko jedno… więc tempem wściekłego strusia gnaliśmy do domu ile sił w nogach. Szosą przez Buczkowice i Bystrą wpadliśmy do Bielska w ciągu kolejnych kilkunastu minut. Na skrzyżowaniu pod Gemini pożegnaliśmy się i każdy pojechał w swoją stronę. Wycieczka zaliczona na poczet Superudanych. Grad był tak spektakularny, że nawet totalne zmoknięcie na koniec dnia nie mogło niczego zepsuć – wręcz odwrotnie! Teraz tylko prysznic… Sending kill signals… System is shutting down…

Relacja: piaseq

 
Wszystkie materiały zamieszczone na stronie są własnością bbRiderZ.pl. Udostępnianie, wykorzystywanie, publikowanie bez pisemnej zgody jest zabronione.
Nierod, PSQ