Pętla Beskidzka

Z serii "Z braku laku, dobry kit" trzepnęliśmy sobie pętelkę w składzie Marco McDonald, Grzesiu EPOman i ja. Na razie muszę złapać kontakt z rzeczywistością. A dlaczego kit? Ano bo miał być teren, lecz z powodu PWZP (Planowego Weekendowego Załamania Pogodowego) w sobotę wyjazd w góry równałby się brnięciu w błocie po koronę amortyzatora. Przedsmak miałem skręciwszy na 200m szlaku w okolicy Kubalonki. 100m po śliskich korzeniach przez potoki wody utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie warto było pchać się gdziekolwiek poza asfaltem. Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy pod Gemini, pod który to tym razem Grzesiu trafił bez pomocy GPS i Policji. Wyrabia się chłopak, ot co! Dalej już w pełnym-niepełnym składzie ruszyliśmy Bystrzańską w stronę Szczyrku delektując się po drodze pomysłowością budowniczych ścieżek rowerowych. Dla niewtajemniczonych przejechanie 2km taką ścieżką z szybkością 30km/h przypomina raczej jazdę po hopach na torze 4X/FR. Z dziećmi w fotelikach nie polecamy rozpędzać się więcej niż 15km/h... Żwawym tempem przejechaliśmy Szczyrk i zaczęliśmy wspinaczkę pod przełęcz Salmopolską. Tutaj szybko pożegnaliśmy Grzesia, który dotarł na szczyt z poślizgiem 3:32. Było nie było Marek i jak dzień wcześniej wsuwaliśmy koks łopatami, więc nasze tempo było całkiem zrozumiałe. Chwilę po Grzesiu na górę dotoczył się Alberto ;) Miło zobaczyć, że jeszcze ktoś znajomy raczył ruszyć tyłek w taką piękną niedzielę. Niestety Dominik do nas nie dołączył i pognał z powrotem mając w planach zrównanie z ziemią Magurki. My tymczasem postanowiliśmy zrównać z ziemią Stecówkę i Kubalonkę. Zjazd do Wisły poza wyczynami Marka, które skończyły się niemal w stylu Roberta Kubicy (pobocze, bariera) i jakimś leszczem na trekingu, któremu się wydawało, że nam odjedzie, nie przyniósł żadnych dodatkowych atrakcji. W Malince pod skocznią spotykamy za to dzisiejszego laureata "Złotej Kupy" - Konrada. Tą prestiżową nagrodę Jury postanowiło jednogłośnie przyznać za samotny, niedzielny wyjazd tą samą trasą co reszta ekipy, z pełną świadomością, że wszyscy jedziemy na trasę. Bravissimo! Pożegnawszy Konrada ruszyliśmy w dalszą drogę i po kilkunastu minutach rozpoczęliśmy kolejną "wspinaczkę" pod Stecówkę. Tutaj jednak ktoś był przed nami bo góry ani śladu. Ukradli. W związku z tym jazda poszła szybko i po chwili piliśmy kawkę w schronisku. Stąd pojechaliśmy na Kubalonkę a ja po drodze odbiłem na wspomniany wcześniej czerwony szlak. Ledwie uszedłszy z życiem, z sercem w gardle i duszą na ramieniu wypadłem 200m dalej z powrotem na asfalt. Żadnego terenu dzisiaj. Z Kubalonki pojechaliśmy do Istebnej i dalej w kierunku przejścia granicznego w Bukowcu. W Czechach wielkie pobojowisko. Generalny remont drogi na odcinku Trzyniec - Jabłonków zmusił nas do małego XC po placu budowy ciągnącym się kilka kilometrów. Później natomiast do przeciskania się do centrum Trzyńca przy wzmożonym ruchu, jednak gdy już dotarliśmy do ronda pod trzyniecką hutą na drodze zrobiło się znowu pusto. Tutaj ponownie pożegnaliśmy Grzesia i rozpoczęliśmy atak na przejście graniczne w Lesznej. Jechaliśmy z Markiem całkiem ostro, do tego stopnia, że uczestniczący w lokalnym festynie wóz straży pożarnej nie miał najmniejszych szans nas wyprzedzić na pierwszych, najbardziej stromych kilkuset metrach podjazdu. Tym samym za naszymi plecami mieliśmy słup czarnego dymu, muzykę a full i ciężarówkę pełną rozwrzeszczanych dzieciaków niemalże wypadających przez otwarte okna. Na wypłaszczeniu przed Leszną musieliśmy jednak dać za wygraną i strażacki diesel pożegnał nas wesoło dymiąc naprzód. Na przejściu w Lesznej urządziliśmy mały postój, po którym ruszyliśmy szosą do Cisownicy. Poganiając się z Markiem pod każdą możliwą górkę i zostawiając Grzesia nieco z tyłu dojechaliśmy tak do Ustronia a potem bocznymi drogami do Brennej. Tutaj wygłodniały Grześ zaatakował kawał kiełbachy z bułą za jedyne 2,50zł! Woleliśmy nie myśleć co będzie się działo po takim EPO! Kolejny większy postój urządziliśmy sobie w Barze nad Wodospadem - standardowym przystanku rowerzystów. Kawka, coś słodkiego, rozprostowanie kości i prawie godzinny odpoczynek zaowocowały pogonieniem na trasie do Jaworza wszystkiego co tylko znalazło się na drodze i próbowało podskakiwać. Najzabawniejsza była napotkana już w barze grupka rowerzystów, która wyruszyła nieco przed nami. Najwyraźniej postanowili się do nas zabrać bo gdy tylko ich wyprzedziliśmy przypuścili zmasowany atak na nasze umocnione pozycje. Wymiana ognia nie trwała jednak długo ponieważ zbliżająca się górka szybko przechyliła szalę zwycięstwa na naszą stronę. Jak już pisałem tego dnia żaden podjazd nie był zbyt stromy i tego, w przeciwieństwie do naszych nowych koleżanek i kolegów, również nie zauważyliśmy. Wjeżdżając w las drogą na Jaworze byliśmy znowu sami a po napastnikach nie było śladu. A w Jaworzu jak to w Jaworzu: kawał z górki, kilka małych podjazdów i wreszcie wjazd do Bielska od strony lotniska. Tutaj czas się pożegnać. Cel osiągnięty. Licznik pod domem wskazuje 122km i 1841m w pionie. Zero zmęczenia choć nogi już powoli zaczynają przypominać o swojej obecności. Teraz czas na basen, saunę i jacuzzi do późnego wieczoru. A jutro do pracy!

Relacja: piaseq

 
Wszystkie materiały zamieszczone na stronie są własnością bbRiderZ.pl. Udostępnianie, wykorzystywanie, publikowanie bez pisemnej zgody jest zabronione.
Nierod, PSQ