MTB Maraton Karpacz, emeryci na start, ciężki poród, czyli jak przegrać z kobietą

Tak to już ze mną jest ,że nie potrafię spokojnie usiedzieć na swoich czterech literach (nawet gdy siedzę na siodełku). Tak więc, gdy nadarzyła się okazja znaleźć się na MTB Maraton w Karpaczu pomyślałem czemu nie? Ale przecież nie będę tam stał i patrzył! Więc postanowiłem po kilkunastu latach przerwy znów przypiąć nr startowy i pozwiedzać Karkonosze. Ostatni raz byłem w Karpaczu w 1997r na Finałach Family Cup. Zamierzchłe czasy. Ale po kolei.



Dzień wyjazdu piątek. Jak zwykle wariactwo od rana, ale dajemy radę i wraz z moim kolegą Wojtkiem spakowani wyruszamy w stronę naszego przeznaczenia. Docieramy wieczorem, szybki prysznic i do spania. Poranek w Karpaczu budzi nas pięknym słońcem i śpiewem ptaków, czuję, że odpoczywam, ale coś mi się zdaje, że już za parę godzin będę się ostro męczył.


Karpacz piękny, góry wokół jeszcze piękniejsze. W tej właśnie scenerii rozgrywać się będzie jeden z najcięższych i najbardziej epickich maratonów Golonki, a ja będę jego małą częścią, co cieszy. Po załatwieniu formalności i krótkiej rozgrzewce ustawiam się w sektorze, niestety w ostatnim.


Słucham z uwaga maratonowych rozmów przedstartowych. Jestem spokojny, wiem że nie przyjechałem się tu ścigać, ale coś mi się zdaje że adrenalina zrobi swoje. Czekając na start uświadamiam sobie, że wiem że nic nie wiem! Profil trasy gdzieś tam widziałem, a poza tym nic. Jeszce słowa Marka Konwy, które powtarzał jak mantrę " uważaj na zjazdach żebyś nie przesadził ". Myślę sobie, no to będzie wesoło.


W końcu start, peleton kolorowym sznurem rusza ze stadionu, by po przejechaniu wąskiej bramy wyskoczyć na asfalt. Przód oczywiście pojechał, a reszta, w tym ja, gdzieś z tyłu w tłumie. Przeciskam się, by przeskoczyć wyżej i dalej asfaltem w górę. Ten odcinek jadę w miarę mocno odrabiając straty, lecz staram się oszczędzać siły, siedząc ciągle komuś na kole. Przeskakuję z grupki do grupki. Nie jest źle myślę, jakoś idzie, zjazd z asfaltu w las, łąką i do lasu.



Pierwsze delikatne zjazdy, znów wyprzedzam. Pierwszy większy podjazd, noga idzie, jest ok. Czekam z utęsknieniem na ostrzejsze zajazdy bo znając siebie wiedziałem, że tam najwięcej nadrobię. W górę, trochę w dół, piękne ścieżki, las, widoki, emocje, super się bawię... jeszcze…


Po godzinie jazdy na jednym z podjazdów zaczynam czuć lekki skurcz w udzie. Myślę sobie co jest? magnez, potas wiozłem, wodę pije cały czas... o co chodzi. Popuszczam trochę nogę, wyprzedzają mnie... po chwili naciskam mocniej, a tu skurcz taki ze spadam z roweru prawie... Wtedy uświadomiłem sobie, że jest źle, ale jadę - a raczej przemieszczam się, jak angielska taksówka, delikatnie i płynnie przyspieszam, nie hamuje, każdy podjazd na młynku... wyprzedzają mnie jeden za drugim.


Milion myśli w głowie, ale opanowuje emocje...Myślę sobie: żadne góry jeszcze mnie nie pokonały.... I tym dam radę choćbym miał być ostatni... Skurcz za skurczem, udo jedno, drugie, łydka, jest coraz gorzej. Druga godzina wyścigu to masakra.Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że nigdy w życiu tak nie cierpiałem fizycznie. Skurcze prawie jakbym rodził, chyba bliźniaki będą...jak im dać na imię? takie głupie myśli kontrastują z grymasem bólu na twarzy - walczę ze sobą. Zatrzymuję się kilka razy naciągając mięśnie, mało jednak to pomaga. Skurcze łapią tak mocno, że moje nogi wyglądają jakbym pod skórą miał jakieś zwierzątko co się rusza... Wyprzedzają mnie dalej.. staram się nie liczyć, ale wiem ze spadam.


To co tracę na podjazdach muszę odrobić w dół. Tak, ale sytuacja się zmieniła, nie było w planie tracić na podjazdach aż tyle! Trzeba było iść na całość... Zjazdy idealne dla mnie. Ciężkie, kręte, duże uskoki z kamieni miejscami błoto po osie. Głębokie żleby najeżone kamieniami miejscami bardzo ślisko. Na deser wyścigu single i agrafki, prostu masakra jaką kocham. To co robiłem na tych zjazdach pominę zasłoną milczenia... nie wiem, jak to się stało, ale gleby nie było żadnej. Jak się potem okazało nadrobiłem całkiem sporo. Dziś jak sobie wspomnę to co tam robiłem, bez kompletnej wiedzy co będzie za zakrętem, to sam się siebie boję. Trzecia godzina wyścigu to dalej męczarnia, skurcze nie odpuszczają, a czuje że organizm ma siłę, przychodzi ten moment - wyprzedza mnie na podjeździe dziewczyna... Jestem bliski załamania, jadę za nią - zjazd, wyprzedzam ją i dwoje innych, znów podjazd, dochodzi mnie, wyprzedza. Zsiadam z roweru, by przebiec sekcje błotną i tu skurcze takie, że się przewracam prawie.
Siadam na trawie, wyję z bólu i naciągam mięśnie. Dziewczyna zastawia mnie samego w lesie i odjeżdża. Już jej więcej nie zobaczyłem (no, na liście wyników na 56 pozycji  ). Wielkie gratulacje dla koleżanki, swoja drogą.

Ostatnie kilometry wyścigu, już jest odrobinę lepiej, ale za późno na odrabianie. Na dobicie i tak zmęczonych zawodników jeszcze sławetne agrafki, no to lubię. Masakra musi być !!! Ostatecznie 50 kilometrowa trasę Mega kończę na 81 pozycji. Potem sprawdzam, że na półmetku byłem 88, wiec coś tam odrobiłem. Sklasyfikowano 314 zawodników. Wynik taki sobie, nie tak miało to wyglądać. Na sytuację, która mnie spotkała zaskakująco dobry, jednak świadomość tego co by mogło być, gdyby nie skurcze, ehh.


Takie maratony i takie trasy to jest esencja MTB. Grzegorz Golonko jest w tym najlepszy i chwała mu za to !!! A ci co narzekają, że za trudno, że za długo, że za technicznie to polecam koło bloku jeździć, albo na łąkach na Skandi się ścigać. Właśnie takie ekstrema kształtują charakter, pozwalają pokonać siebie, upaść i podnieść się silniejszym. Tak ma wyglądać maraton!!!! Ma być masakra i ja miałem przyjemność w tej masakrze uczestniczyć. Dziękuję Wojtkowi, inicjatorowi tego wyjazdu, i nie tylko tego. Tyle o Karpaczu, teraz w drogę dalej, na spotkanie z włoskimi trasami i jeziorem Garda. Relacja już wkrótce.



Relacja: Maciej


Foto: http://magazyn.bikelife.pl/

 
Wszystkie materiały zamieszczone na stronie są własnością bbRiderZ.pl. Udostępnianie, wykorzystywanie, publikowanie bez pisemnej zgody jest zabronione.
Nierod, PSQ