Tour de Beskid Morawsko Śląski

Tydzień przed planowaną wycieczką szosową (trochę nietypowe dla BBriderZ, wyjadaczy MTB, ale coraz więcej z nas ma Szoszona stojącego koło łóżka i czasem trzeba go odkurzyć) obserwacja prognoz pogody była jak ruletka… raz full lampa 30C, a zaraz potem prognoza deszczy i burzy! Ale 24 maja 2014 roku okazał się być dniem przepięknym pod każdym względem. Zbiórka w Wapienicy pod Stadionem o 6.45, wyjazd punktualnie o 7.00, zebrało nas się 6 typa – dwóch Pawłów, dwóch Bartków (trzeci nie dał rady) oraz Tomek i Damian. Pogoda marzenie, piękne słońce, upału nie ma – jeszcze, można jechać. Czas szybko leci, gadka szmatka i bocznymi drogami dojeżdżamy do Ustronia, stamtąd do Trinca przez Górną Leszną z pierwszymi „hopkami”, a z granicy czeskiej można delektować się fajnym zjazdem oraz panoramą Beskidu Morawsko-Śląskiego. W Trzyńcu pierwszy postój na banana i uzupełnienie wody, bo słoneczko zaczęło swoje robić a tu dopiero 8.30 rano. Kolejne kilometry to skakanie po stromych, ale krótkich ściankach po których nadchodziły przyjemne zjazdy (po trzeba przyznać dość dobrych asfaltach). Widoki rewelacja, wszystko widać jak na dłoni, z lewej góry, z prawej niziny, nie wiadomo gdzie patrzeć…

Od Frydka-Mistka zaczyna się kolejny fajny odcinek podczas którego można spotkać masę rowerzystów, od rodzin z dziećmi po dziadków z sakwami. Szerokie boczne drogi w bardzo dobrym stanie sprawiają, że mkniemy niczym ucieczka na Giro aż dzieci nas pozdrawiały po drodze. Kolejny postój robimy w miasteczku Hukvaldy. W okolicy kilka małych lokalnych browarów, a na szczycie spory zamek, warto się tam kiedyś wybrać z dziećmi… Po uzupełnieniu zapasów, batonów i izotoników ruszamy dalej, wpierw ostry podjazd przez pole golfowe, ale jak to już w życiu bywa, po każdym podjeździe następuje zjazd! A zjazd przefajny, lekko pochylona droga, gdzie widać każdy zakręt, można było się zrelaksować i poczuć jak w Toskanii. Delikatne zakręty, prawo, lewo, prosta… tak bez końca. Od Koprivnicy pogoda zaczyna się psuć, widać nad górami burzowe chmury i pozostaje tylko pytanie kiedy lunie? Po ok. 20km musimy zrobić przymusową przerwę na przeczekanie burzy, więc robimy Coffee-break, a po 30min już nie pada, można jechać dalej. Dobrym tempem nieco już głodni docieramy do miejscowości Radhost, gdzie zamawiamy dwie duże pizze na podładowanie akumulatorów, szybkie zakupy bananów w Lidlu , bo po 140km jesteśmy w połowie drogi, a przed nami jeszcze 3 przełęcze!

Pizza dodała energii i pierwszy podjazd 20km poszedł lekko, na szczycie skręt w lewo w kierunku Ski- resort Bila i zaczął się chyba najlepszy kawałek tej wycieczki. Piękna równa droga, w lesie, wzdłuż rzeczki, zero samochodów, bajka, można było poczuć prędkość i fun z jazdy… Mijamy wyciągi narciarskie, hotele, a potem zaczęła się kolejna wspinaczka do granicy CZ/SK, jednak droga dalej nas zachwycała, co z tego, że ostro pod górę, jak okoliczności przyrody i pogoda pierwsza klasa! Z granicy piękny widok na Lysą Horę – najwyższy szczyt Beskidu Morawsko-Śląskiego 1334m, a z granicy znowu 20km zjazdu, aż do Cadcy. Jednak słowackie drogi już nie takie fajne jak czeskie, trzeba było uważać na studzienki i dziury na boku drogi. Pogoda dopisywała, coraz mięliśmy informacje, że w Bielsku mocne ulewy i burze, a my cały czas kręciliśmy się dookoła tych burz, poza krótką burzową coffee- break to nie spadła ani jedna kropla deszczu więcej aż do samego Bielska!!!

W Cadcy przerwa przy Lidlu, tym razem w menu dominowało zwykłe pieczywo i bułki oraz lody, bo każdy już miał dość słodkich żeli, batonów czy izotoników… (oraz nowy tip na drogę, przypadkowe oblanie hamulców Coca-Colą powoduje ich lepsze działanie na mokrej drodze, hehehe...) Od Cadcy aż do skrętu na Zwardoń-Skalite odcinek 10km dość niebezpieczny z uwagi na Tiry i lokalny ruch tubylców z przyczepkami, ale od zjechania z tej głównej drogi znowu to my byliśmy panami szosy. Dobre tempo, ale cały czas pod górę, jednak po 200km nogi nie wszystkim pracują tak samo, a ostatni kilometr przed granicą to już ściana, gdzie się jedzie na najmiększym przełożeniu i nie można patrzyć przed siebie… wjazd na granicę to jak wjazd na tor formuły 1 – terminal graniczny za miliardy dolarów, oczywiście robi za toalety ale mknąć w dół 3 pasmową ekspresówką – bezcenne! Potem jest zderzenie z polską rzeczywistością lokalnej drogi, gdzie dziura na dziurze goni dziurę i tak aż do Rajczy. Z Rajczy to już rzut beretem lub bidonem do Bielska, ale po co jechać szybko główną drogą jak można bocznymi z przepięknymi widokami i kilkoma podjazdami gdzie nogi i płuca już nie dają rady. Odcinek z Buczkowic do Bielska pokonaliśmy szybciej niż peleton na Tour de France, piekiełko z blatu przy ponad 40km/h i wpadamy do Bielska niczym Cavendish, bo… trzeba się zdążyć na finał Ligi Mistrzów. Piękny trip pokazują liczby – 285km, 3100m podjazdów, średnia 27,7km/h, start o 7, powrót o 20.30!

Relacja: Tomek

 
Wszystkie materiały zamieszczone na stronie są własnością bbRiderZ.pl. Udostępnianie, wykorzystywanie, publikowanie bez pisemnej zgody jest zabronione.
Nierod, PSQ