Wielki Rogacz z EpicMTB

Było już dość późno, jak na niedzielną wycieczkę, gdy zebrawszy wszystkie potrzebne rzeczy wyruszyłem szosą do Rytra, by tam spotkać się z Adamem. Nie widzieliśmy się już chyba ze 100 lat i tym bardziej miałem nadzieję, że uda się razem pokręcić i powspominać dawne czasy. Równie bardzo chciałem ruszyć po długiej przerwie na szlaki, na których zaczynałem moją przygodę z MTB, gdzie później sam zabierałem "żółtodziobów" aby pokazać im uroki przemierzania górskich szlaków w siodełku. Do Rytra dotarłem przed dziesiątą w towarzystwie przygodnego bikera pędzącego na basen do Perły Południa. Ponieważ po pozostałych nie było nawet śladu jedyne co mogłem zrobić to czekać. Było zimno i siedzenie w miejscu nie było najlepszym pomysłem, więc ruszyłem w stronę Perły aby odwiedzić pobliski Park Ekologiczny, który to pomagałem budować w czasach liceum. Okazało się, że Park istnieje i ma się całkiem nieźle. Następnie pozostało mi zjechać z powrotem na dół i zrobić kilka pętli na trasie Rytro-Barcice. Wróciłem do Rytra około 10:30 i na przystanku wdałem się w pogawędkę z kolejnym bajkerem. W międzyczasie pojawił się Adam z ekipą EpicMTB. Około jedenastej wyruszyliśmy Doliną Roztoki w stronę szlaku na Wielki Rogacz. Popularnie znany pod nazwą "Killer" szlak jest obecnie niczym innym jak szeroką drogą gospodarczą, którym meble trafiają prosto do IKEA. Podjazd ten zawdzięcza swą nazwę pewnej właściwości skutecznie eliminującej niedoświadczonych kozaków, którym co zakręt wydaje się, że już jest płasko. Dopiero zatrzymując się można ocenić prawidłowo nachylenie terenu. Tymczasem większość delikwentów przyciska ile sił w nogach kończąc jazdę jeszcze przed szczytem lub zostając na nim bez sił na dalszą jazdę. My jednak znaleźliśmy się na górze z dużym zapasem sił na dalszą jazdę i nawet krótki ale ostry podjazd na Rogacz nie wywarł na nas większego wrażenia. Wielki Rogacz jest takim miejscem w Beskidzie Sądeckim, przez które przejechać musi niemalże każdy rowerzysta przemierzający te góry. Krzyżują się tutaj szlaki z Radziejowej, Niemcowej i Obidzy. Przy okazji można podziwiać panoramę pozostałej części Beskidu oraz Pienin i Gorców. Widok jest właściwie ograniczony tylko przeźroczystością powietrza. Dzisiaj pogoda nas nie rozpieszczała i przez zachmurzone niebo nie przebijał się choćby pojedynczy promyk słońca. Mimo to kamerki powędrowały na kaski współtowarzyszy i ruszyliśmy w dół narciarskim singletrackiem. Już po kilkudziesięciu metrach okazało się, że mój przedni hamulec całkowicie wypowiedział posłuszeństwo. Pomimo, że wszystko wydawało się działać prawidłowo z hamowania były nici. Coś najwyraźniej musiało chlapnąć na tarczę i nawet długi zjazd na zaciśniętym hamulcu niewiele zmienił. Dopiero przed samą Obidzą wszystko zaczęło wracać do normy. Z Obidzy skierowaliśmy się do Doliny Białej Wody, gdzie mieliśmy nadzieję na ucztę z owczych serów serwowanych przez miejscową bacówkę. Niestety okazało się, że po bacy ani śladu a jedyną żywą duszą w obejściu był dorodny owczarek pilnujący interesu. Cała reszta musiała najwyraźniej udać się do owiec pasących się kilkaset metrów wyżej. Pozostało obejść się ze smakiem i pojechać mocno wypłukaną przez deszcze drogą w dół. Tam jednak okazało się, że atrakcji nie koniec. Poza zerwanym łańcuchem kolegi musieliśmy się zmierzyć z "rezerwatem" i drogą rozjeżdżoną do granic przyzwoitości przez ciężarówki. Rodzinna wycieczka bez ubłocenia się po uszy byłaby tutaj raczej niemożliwa. Cóż, oto Polska właśnie. Pozostawiwszy "Rozerwat" za sobą pojechaliśmy dalej przez Jaworki do Szczawnicy. Tuż przed Szczawnicą zaczął padać deszcz i na szosie zrobiło się dość mokro. Trzeba było trochę zwolnić aby nie chlapać siebie i kolegów. Dalej postanowiliśmy pojechać szczawnickim deptakiem prowadzącym wzdłuż rzeki aż do przełomu Dunajca. Tutaj musiałem pożegnać towarzyszy i ruszyć w drogę powrotną do Nowego Sącza. Czekało mnie prawie 50km ostrej jazdy szosą przez Krościenko, Tylmanową, Jazowsko i Podegrodzie. Wijąca się dnem doliny Dunajca szosa zapewnia naprawdę piękne widoki nie tylko przy ładnej pogodzie. Na moje szczęście od Krościenka było już sucho. Widać trafiliśmy na lokalny opad zupełnie niegroźny dla dalszej jazdy. Dwie godziny później, z uwzględnieniem postoju na odpoczynek i uzupełnienie paliwa, zameldowałem się w domu. Mój chirurgiczny sprzęt trafił natychmiast pod wodę i pieczołowicie został przywrócony do stanu niemalże fabrycznego. Następnie wypolerowany i nasmarowany gdzie trzeba trafił do pokoju pod pokrowiec w oczekiwaniu na kolejną górską wyprawę na sądeckie szlaki.

Relacja: piaseq

 
Wszystkie materiały zamieszczone na stronie są własnością bbRiderZ.pl. Udostępnianie, wykorzystywanie, publikowanie bez pisemnej zgody jest zabronione.
Nierod, PSQ