Beskid Śląski tour

Niedziela, stawiamy się o 8.00 pod Gemini Park w składzie ja, Dawid, Paweł, Maciek, Marcin, Grzegorz. Czekamy chwilę, może jeszcze ktoś dołączy. Nikt jednak się nie zjawia, więc ruszamy w stronę Szczyrku. Zaplanowaliśmy na dziś podjazd na Skrzyczne od Soliska, dalej przejazd grzbietem na Magurkę Radziechowską, a następnie jazdę czerwonym szlakiem prowadzącym do Węgierskiej Górki. Jedyną niewiadomą w naszym planie, jest wspomniany wyżej czerwony szlak, którego nie znamy i pojedziemy nim pierwszy raz. Z drugiej strony, znajomość topografii naszych Beskidów należy pogłębiać ;).

Będąc w Szczyrku, zatrzymujemy się w sklepie dokonując drobnych zakupów, zjadamy drugie śniadanie i ruszamy dalej. Wjechaliśmy szlakiem bezpośrednio na Malinowską Skałę, rezygnując z wyjazdu na Skrzyczne. Oczywiście sam podjazd na Malinowską, zaliczyłam poprzez intensywne prowadzenie roweru pod górę, nogi wbijając do ziemi. Chłopaki targały pod górę jak się patrzy. Przy Malinowskiej Skale następuje chwila odpoczynku, robimy zdjęcia grupowe wraz tabliczką informującą „Gdy Nas zobaczysz, pędzących z zawrotną prędkością - zejdź ze szlaku na bok”. Ruszamy dalej w stronę Magurki Radziechowskiej. Po drodze napotykamy grupkę młodych turystów, która jak się okaże za chwilę, dostarczy moim kolegom wielu radosnych wrażeń i miłych widoków dla oczu.

Dojechaliśmy na Magurkę, oczywiście nie odpuściliśmy zrobienia zdjęć na skale. Pojawiło się pytanie jak zrobić zdjęcie by wszyscy na nim byli. Tłumów przechodzących obok nie było za wiele – niestety ;). Problem szybko się rozwiązał, ponieważ pojawiła się przy skale wyżej wspomniana grupa. Dawid przekazuje aparat Gosi (szybki chłopak, zdążył się w ułamek sekundy zapoznać, wymienić numerem telefonu i prawie umówić na kawę haha), prosząc o zrobienie zdjęć. Przy okazji, patrząc z góry na dół, zwłaszcza na damską część grupy, można było podziwiać wspaniałe widoki. Sesja zdjęciowa rozkręciła się na dobre, a moi szanowni koledzy nie śpieszyli z zejściem na dół. Jednak wszystko co dobre szybko się kończy, czas jechać dalej.

Żegnając grupę piechurów, ruszyliśmy czerwonym szlakiem w stronę Węgierskiej Górki. Jak się okazało, szlak był całkiem ciekawy i terenowo zmienny, co dostarczało nam wszystkim dużo pozytywnych emocji i wrażeń. Jako, że najczęściej podążałam z tyłu i traciłam co jaki czas kontakt wzrokowy z grupą, nie mogłam zobaczyć wspaniałego lotu Maćka, który podobno wystrzelił z siodełka przez kierownicę jak strzała, w pogoni za zającem. Oczywiście rower zostawił na ścieżce w niepozornym dołku porośniętym trawą. Szkoda, że nie widziałam tej akcji, ale za to usłyszałam salwę śmiechu, gdy nadjechałam na miejsce zdarzenia. Dobrze, że zając uciekł (wystraszony przeżywa pewnie do dziś spotkanie bliskiego stopnia), a Maciek zakończył lądowanie na mięciuchnej i soczystej trawie. Po dokonaniu oględzin roweru Maćka oraz przerwie na posiłek ruszamy dalej.

Puściłam się przodem, by pozyskać pozorną przewagę czasową. Nie trwało to długo, bo za chwilę wszyscy mnie dogonili i oczywiście wyprzedzili. Po zaliczeniu pierwszego zjazdu od początku do końca po tak zwanej telewizorni, dumna z siebie, nawet nie zauważyłam, że chłopaków nie ma, a przede mną drogi się rozjeżdżają - pytanie gdzie pojechali? Znajdując nie pozorny znaczek koloru czerwonego na drzewie i ścieżynkę, która wcale nie wyglądała, że to jest szlak, ruszyłam niepewnie w dalszą drogę. Jak się okazało tripek niczego sobie. Wyjeżdżając z lasu na łąkę, dzwoni telefon z pytaniem „Marzen gdzie ty pojechałaś, zgubiłaś się i takie tam”. Myślę sobie trzeba zawrócić. Jednak za chwilę, w trakcie drugiego telefonu okazało się, że to nie ja się pogubiłam tylko chłopaki, ponieważ zjeżdżając mega szybko, nie zauważali tego niepozornego zjazdu, nawet nie mieli by jak, ja sama miałam z tym problem, a jechałam znacznie wolniej.

W tym miejscu muszę napisać, że sprawdziło się powiedzenie „wszystkie drogi prowadzą do Rzymu” w tym przypadku do Marzen hahaha - nie wiem jak, ale chłopaki pojawiły się przy mnie, wyjeżdżając nagle z lasu, jeden po drugim z zupełnie innej strony, niż ścieżka, którą ja przyjechałam. Ruszyliśmy dalej. Super leśnym tripem zjechaliśmy do Węgierskiej Górki. Powiedzmy zjechaliśmy, ja niestety musiałam trochę prowadzić rower w dół, a raczej rower prowadził mnie. Z Węgierskiej Górki część z nas wracała do domu prze Żywiec druga połowa prze Lipową. W sumie zrobiliśmy średnio około 83 km.


Relacja: Marzena

 
Wszystkie materiały zamieszczone na stronie są własnością bbRiderZ.pl. Udostępnianie, wykorzystywanie, publikowanie bez pisemnej zgody jest zabronione.
Nierod, PSQ